Archiwum

Monthly Archives: Luty 2013

Z tropików na Antarktydę

Każdy z nas zna to uczucie. Oczy szklą się rzewnie, każdy centymetr kwadratowy skóry jest dziwnie nadwrażliwy, no i ten paradoks: jest nam zimno a termometr uparcie wskazuje temperaturę powyżej 37 stopni.

To gorączka. Dziwny stan, który odbiera siły witalne i kieruje nasze kroki prosto do łóżka. Gorączka to szalona podróż dookoła świata, gdzie nasze ciało zdaje się być rzucane co chwilę z tropików na Antarktydę, raz zraszając się potem, raz poddając się zimnym dreszczom.

O tak, gorączka to prawdziwy dreszczowiec.

A tak właściwie o co w tym wszystkim chodzi?

Gorączka to najprościej rzecz ujmując podwyższona temperatura ciała towarzysząca chorobie.

Jest to obronna odpowiedź organizmu na niepożądanych gości, takich jak bakterie, wirusy, grzyby, itp.

Przy wyższej temperaturze nasz układ immunologiczny pracuje sprawniej, a czynniki chorobotwórcze namnażają się wolniej.

Jak każda walka, także i ta wiąże się z poświęceniem dużej ilości sił, a tym samym z osłabieniem.

Banyan with S staffs

Gdy pole bitwy rozgrzeje się do czerwoności i przekroczymy 39 stopni, mówi się wówczas o gorączce znacznej.

Szczególnie niebezpieczna jest gorączka bardzo szybko rosnąca, gwałtowna i zmienna oraz utrzymująca się dłużej niż 2 dni. Wówczas niezbędna jest porada lekarska. 41 stopni gorączki to już stan zagrożenia życia.

O tym czy gorączkę zbijać czy nie skrajnych opinii jest wiele. Dyskusja jest naprawdę gorąca! Ale o tym w innym poście.

Dałbyś sobie dobrowolnie przyłożyć coś nieprzyjemnie zimnego do rozgrzanego ciała? No właśnie… więc nie dziw się maluchowi i jego walce ze szklanym, podłużnym narzędziem do pomiaru temperatury, które jest chyba najmniej atrakcyjną zabawką na świecie.

Żeby to chociaż kolorowe było i grało. Ale nie, termometry bezrtęciowe są najbardziej tradycyjne z tradycyjnych i zwyczajnie nudne. Nie ma też możliwości zakupu wersji rozszerzonej z dodatkowymi atrakcjami.

Oto kilka metod jak przekonać malucha do zmierzenia temperatury:

NA SPANIE

No cóż, to metoda najprostsza i najmniej kreatywna. Zakradamy się do malucha, gdy śpi i wkładamy mu termometr pod pachę. Najczęściej sami musimy go wówczas podtrzymywać ręką, polecam więc zabrać ze sobą książkę lub telefon – te 10-15 minut nicnierobienia może być naprawdę dłuuugie.

NA BAJKĘ

Namawiasz dziecko na bajkę w środku dnia. Taką ponadprogramową, poza przepisową godziną czy pół dziennie. Najlepsze są bajki z krótkimi, 15-20 minutowymi odcinkami. Wtedy najłatwiej namówić malucha na kilkakrotne mierzenie temperatury – bo przecież nikt z nas nie da wiary pojedynczemu pomiarowi!

NA NAUKOWCA

Prezentujemy maluchowi termometr jako najwspanialszą zabawkę świata (czyli coś, czego jest dokładnym przeciwieństwem). Razem czytamy skalę, nazywamy kolory (jakieś trzy powinny się znaleźć), pokazujemy paseczek z metalem i zachęcamy do doświadczenia: zobaczymy czy urośnie, gdy potrzymasz go trochę pod pachą? To metoda dość naiwna, ale jak maluch będzie miał humor to może, może…

NA RAMBO

No cóż, chyba żaden silny i odważny chłopiec (dziewczynki raczej na to nie pójdą) nie obawia się termometru? Rambo sam zszywa sobie rany i wyciąga kule, a więc także wsadzając pod pachę termometr skrzywiłby się tylko trochę czując nieprzyjemny chłodek.

Rambo first blood

NA OLIMPIADĘ

Tu potrzebne nam będą dwa termometry. W zawodach bierze udział rodzić i dziecko. Zobaczymy, kto wytrzyma z termometrem 10 minut i kto pierwszy wymięknie! Można też zrobić konkurs na najwyższą gorączkę.

NA ŁAPÓWKĘ

No cóż, metoda najmniej pedagogiczna i chwalebna, a więc uznajmy ją za ostateczną. Jeśli dasz sobie zmierzyć temperaturę, dostaniesz batonika… Ech, to nawet w teorii brzmi okropnie.

Chyba wszyscy przyjęliśmy lekkim z ukłuciem żalu wycofanie termometrów rtęciowych.

Troska o środowisko jest dla nas oczywiście bardzo ważna, ale jakże trudno zrezygnować z przyzwyczajeń i taniego, dobrego przyrządu pomiary temperatury.

Tym bardziej w gorączce, człowiek rzadko przejmuje się problemami świata. Bardziej interesuje go nadmierne ocieplenie własne lub osoby bliskiej niż globalne.

No ale rtęć poszła w las (oby nie!) i trzeba jakoś radzić sobie bez niej.

O tym jak dobre były „stare” termometry świadczy chociażby fakt, że te nowoczesne zachwalane są słowami: „Termometr cudny, wspaniały! Tak dokładny jak rtęciowy!„.

Moim skromnym osobistym zdaniem termometry elektryczne żyją swoim własnym życiem i nie zawsze podporządkują się właścicielowi, tymczasem termometr bezrtęciowy (zwany też galowym), wyglądający jak ten tradycyjny, ale czymś innym wypełniony, jest rzeczywiście dokładny.

W sytuacji braku gorączki uparcie wskazuje 36,6, gdy trzymamy go krzywo lub za krótko pokaże 36,2, zaś kiedy chorobliwa ciepłota rośnie, już po kilku minutach błyszczący paseczek przekracza granicę 37 stopni.

Najlepiej trzymać go pod pachą minimum 10 minut, a potem jeszcze z 5, żeby zobaczyć czy temperatura już więcej nie wzrośnie.

Inne potencjalne miejsca trzymania termometru niestety nie zostały przeze mnie zbadane.

czy-termometr-jest-dokladny

Czy termometr bezrtęciowy galowy jest dokładny? (fot. brainloc – sxc)

Dodam, że warto przeczytać ulotkę dołączoną do termometru, gdzie zaznaczone jest, żeby tuż przed pomiarem nie zażywać gorącej kąpieli itp. Wtedy szansa na dokładny pomiar są znacznie większe.

Podsumowując: termometr bezrtęciowy galowy został przeze mnie sprawdzony w sytuacji gorączki i jej braku. W obu przypadkach mogę stwierdzić, że pomiar temperatury był dokładny.

Jedyną anomalię odkryłam po gorącej kąpieli z peelingiem rozgrzewającym (!), gdzie na gorączkę się nie czułam, ale termometr uparcie wskazywał powyżej 37.

Lubicie słowa: „za darmo”?

Ja też!

Ostatnio – wiem, że i tak strasznie późno – odkryłam prawdziwe okularowe szaleństwo z firmą Firmoo. To taki optyk w sieci.

Moją dyskretną reklamę wypadłoby jakoś uzasadnić treścią bloga, więc może takie hasło?:

Chcesz lepiej odczytywać temperaturę na termometrze? Czas na nowe okulary!

Chwyta za serce? A może chociaż za oko?

O co właściwie chodzi z tym całym Firmoo? Otóż pierwszą parę okularów możemy tu otrzymać za darmo, pokrywając tylko koszty wysyłki – około 18 dolarów.

Poza tym, można wgrać na stronkę własne lico i mieć niezłą zabawę z przymierzaniem oprawek – przynajmniej żadna pani optyczka nie patrzy spod byka, że mierzą, a nie kupują.

Z tego co wyczytałam, okulary wysyłane są z Chin, więc nie wiem jak z ich jakością, ale blogerki je sobie chwalą.

A zatem wkleję tutaj taką piękną reklamę, w którą można sobie śmiało klikać: